Sposoby na szczęście z całego świata – podtytuł książki jak znalazł na ukojenie mojego stanu apatii i rozczarowania kondycją moralną polskiego społeczeństwa po wyborze na prezydenta tak „szemranego” człowieka.
Wśród krajów szczęśliwych – a jest ich aż trzydzieści – nie ma Polski.
Znamienne…
Nie jest to książka najwyższych lotów; irytuje niechlujne (miejscami) tłumaczenie. Mimo tych niedoskonałości mój mózg odpoczął, ciesząc się myślą, że są jeszcze miejsca w tym chaotycznym świecie, gdzie ludzie wiedzą, jak pielęgnować szczęście.
I tak wyrwało mnie z marazmu podejście mojej angielskiej, „brzydszej połowy” – mojego męża ;), który wręcz stanowi klasyczny przykład tego podejścia:
„W Anglii dominuje przekonanie, że zamiast się nad sobą rozczulać, powinniśmy po prostu robić swoje. Można sobie w tym pomóc energicznym spacerem, pobudzającym wydzielanie endorfin, bądź herbatką i słodyczami. Albo uśmiechaniem się na widok psa przed Lidlem. Powinniśmy za wszelką cenę walczyć z chandrą i starać się odzyskać jolliness. Ponuractwo jest w bardzo złym tonie – tak samo jak niechęć do innych czy rozpamiętywanie krzywd. (…) Znów bądź jolly i rób swoje.” (s. 9–10)
Potem wzrok zatrzymał się na Grecji i doświadczeniu Meraki, czyli połączeniu koncentracji i pasji z dodatkiem smutnych egzaltacji, które można uskuteczniać w teatrach – a konkretnie: czterystu, które znajdują się w peryferyjnych wioskach. Ceny biletów są przystępne, spektakle odbywają się często według zasady poczwórnego spektaklu:
„Najpierw trzy tragedie, które miały wywołać katharsis (…) A na zakończenie była komedia – ciągnie Dimitra. – Chodziło o to, żeby oczyścić się ze wszystkich negatywnych emocji i tabu, a na koniec podnieść się na duchu. Bo starożytni Grecy naprawdę rozumieli ludzką psychikę.” (s. 77)
Pomyślałam sobie: mam coś od Greków na smutki – teatr – i już zaraz: Anna Seniuk pomoże :)
Niechronologicznie trafiam na Finlandię:
„Ponadto Finowie mają najwięcej wolności osobistej, a ich szkolnictwo regularnie zdobywa pierwsze miejsce w klasyfikacjach. Jest tak przede wszystkim dlatego, że w latach 30. to środowiska naukowe stanęły na czele ruchu narodowościowego, a od czasu odzyskania niepodległości jedna trzecia fińskich prezydentów i premierów miała tytuł profesora. Edukacja zawsze stanowiła priorytet – w XIX wieku wydano nawet dekret, że warunkiem uzyskania ślubu w kościele luterańskim jest zdanie przez narzeczonych egzaminu z czytania.” (s. 69)
I znowu melancholia powraca. Patrzę na Polskę i wszystko jasne… Oprócz pozytywistycznej pracy w zaborze pruskim, gdzie chłopów uczono czytania, w pozostałych zaborach…
A co do prezydentów…
Ratuje mnie irlandzki craic – muzyka, opowiadanie historii i craic, czyli dobra zabawa. Temu warto się przyjrzeć :)
Zostawię Was z tym:
„To cierpienie wpoiło też Irlandczykom poczucie wdzięczności za wszelkie dobro, które ich spotyka, oraz chęć cieszenia się drobiazgami. Za przykład może posłużyć tu oryginalna irlandzka tradycja świętowania 6 stycznia – Kobiecej Gwiazdki. W większości krajów chrześcijańskich dzień ten zamyka okres świąteczny, ale w Irlandii to wyjątkowa okazja – po długiej bożonarodzeniowej harówce kobiety w końcu mogą odpocząć. (…) Dzisiaj mam wolny wieczór. Szósty stycznia to nic innego jak Światowy Kobiecy Dzień Craic.” (s. 122)
A jak Polki i Polacy definiują szczęście?
Mogę się założyć, że każdy będzie miał swoją definicję…
Odpoczęłam przy tych prawie trzystu stronach o tym, jak być szczęśliwym/-ą, czego i Wam życzę!

Okładka: Naomi Wilkinson