„Tratwa z pomarańczami” Maciej Hen

Na początku trochę ociągałam się z czytaniem. Nie mogłam „wgryźć się” w tę opowieść. Zastanawiałam się, na ile będzie różnić się od „Dom pisarzy w czasach zarazy. Iwicka 8A” Tomasza Jastruna. Na szczęście obydwie pozycje zachowują swoja autonomię i wyrazistość!
W pewnym momencie – niespodziewanie – szczerość autora uderzyła z podwójną siłą — i od tego momentu „wciągnęłam się”. Maciej Hen, podobnie jak Tomasz Jastrun, przybliża nam świat, który już odszedł, czyżby…. jednak nie do końca…
Bezkompromisowe spojrzenie na wczesny PRL, Marzec ’68 oraz na wzmagający się antysemityzm — oczami dziecka, potem nastolatka. Chwilami poważnie, chwilami zabawnie — taki wewnętrzny, męski pamiętnik dorastania i odkrywania swojej żydowskiej tożsamości w inteligenckiej rodzinie.
Podziwiam pamięć Hena do szczegółu — jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Chyba najbardziej zaimponowało mi jego spojrzenie na przeszłość oczami dziecka, takie to świeże. Konfrontacja pomiędzy matką a ojcem w Marcu ’68 zszokowała mnie — tym bardziej podziwiam uczciwość autora, zero koloryzowania…., nie oszczędza ojca – Józefa Hena
Chwyciła mnie za serce ta „Tratwa z pomarańczami” — popłynęłam nią w miejsca, gdzie pomarańcze nie były „zielone”, lecz pachniały Hajfą. 🍊

Fragment:

„Mamie zdarzało się dość często, że w trakcie jakichś prostych czynności, na przykład przy gotowaniu, ni stąd, ni zowąd wydawała z siebie rozpaczliwy jęk, prawdę mówiąc skowyt, zwykle nieartykułowany, ale nieraz układający się w słowa takie jak „o, mamusiu moja…”. Chwilę zawsze trwało, zanim doszła do siebie.

– Co się stało, mamuś? – pytaliśmy.

– Nic – odpowiadała. – Coś mi się przypomniało. – I wracała cała do przerwanego zajęcia. Nie drążyliśmy sprawy, bo było dla nas jasne, że znowu naszła ją niespodzianie myśl o jej wymordowanej rodzinie.

Było ich ośmioro, tych, którzy zginęli – matka, ojciec, pięcioro dzieci i babka. Ocalały tylko moja mama i jej młodsza o cztery lata siostra, ciocia Rita, a to dzięki temu, że mama w porę uciekła przed niemieckim natarciem na wschód i zabrała Ritę ze sobą. Chciała wszystkich namówić, żeby się ratowali, ale zdaje się dziadek Mojżesz był temu przeciwny, więc wsiadły do pociągu ewakuacyjnego tylko we dwie, dziewiętnastolatka i piętnastolatka. Mama niechętnie o tym mówiła, nigdy nie wymieniała nawet imion swoich rodziców i rodzeństwa – oprócz Rity, która zresztą, jak się kiedyś mamie wyrwało, właściwie miała na imię Rachela – przez co nie wiem nawet, ilu miały braci, a ile sióstr.  Dopiero kiedy na krótko przed śmiercią zaczęły jej się plątać rzeczywistości, naskoczyła raz na tatę, że nie pozwolił swoim synom wyjechać do Związku Radzieckiego, przez co wszyscy zginęli. „Reniątko”, próbował jej tłumaczyć, „przecież ja mam tylko jednego syna, Maćka, twojego syna. Żadnych innych synów nie mam”. A mama na to: „Jak to nie masz? A Lejbuś? A Szmil?” s.104/105

Wydawnictwo:

Wydawnictwo Filtry

Data premiery:

2025-08-27

Liczba stron:

312

Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl